Wzloty, upadki i wzruszenia – Liverpool mistrzem Anglii

Minęły dwa tygodnie od czasu zdobycia przez Liverpool upragnionego mistrzostwa Anglii, na które kibice The Reds czekali długich 30 lat. To miasto, ten klub, Ci ludzie – oni potrzebowali tego tytułu. W futbolu przez ten czas zmieniło się wiele – trzydzieści lat to ogrom czasu i zmian w piłce nożnej. Inni się cieszyli, odnosili sukcesy, a liverpoolczycy wyczekiwali mistrzostwa Anglii, które było priorytetem od zawsze. Zawsze jednak coś stawało na drodze do szczęścia. Nie udało się Sounessowi, Houllierowi, Benitezowi, również nie udało się Rodgersowi, który był tak blisko, ale pech zabrał The Reds szanse na zwycięstwo w pamiętanej kampanii 2013/2014. Lata udręki i cierpień zakończyły się w tym roku. Jurgen Klopp jest człowiekiem, który dokonał wręcz niemożliwego – odbudował Liverpool i doprowadził go do wielkich sukcesów. Niemiecki szkoleniowiec wytworzył prawdziwy team spirit w szatni i stał się ojcem dla swoich podopiecznych. The Reds w ciągu ostatnich 5 lat wrócili na salony, zaczęli odnosić sukcesy – znowu stali się Wielcy.

Nie chcę robić z tego felietonu jakiegoś opowiadania historii, ale bardziej osobisty tekst. Kibicuję Liverpoolowi od 11 lat, więc już trochę czasu minęło. Może nie tyle, ile The Reds czekali na tytuł mistrzów Anglii, aczkolwiek również spory staż za mną. Zaczynałem, gdy po murawie Anfield hasał pewien blondwłosy Hiszpan, a trenerem LFC był znany, ceniony i lubiany Rafa Benitez. Wiele lat minęło, ale moja miłość do Liverpoolu nigdy nie przygasła. Były wzloty, upadki i wzruszenia – tytuł nie jest przypadkowy. Zmieniali się trenerzy, piłkarze odchodzili, klub miewał gorsze i lepsze momenty, lecz ja ciagle wierzyłem, że nadejdzie dzień, w którym powiem – JESTEŚMY MISTRZAMI ANGLII. Gdy sędzia w meczu City – Chelsea zagwizdał po raz ostatni, poczułem ciarki na całym ciele – popłakałem się, nie dowierzając, że mój ukochany klub w końcu zdobył upragnione mistrzostwo. Moja reakcja była tak emocjonalna, bo klub z czerwonej części Merseyside zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

Momentem kulminacyjnym mojego kibicowania było poślizgnięcie się Gerrarda w słynnym meczu z Chelsea. Demba Ba bez litości wykorzystał pecha kapitana The Reds i po chwili strzelił gola. Dotknęło mnie, nie będę zaprzeczał. W jednej chwili zawalił się świat Stevena, jak i każdego kibica Liverpoolu. To wydarzenie jeszcze bardziej zacieśniło moje więzi z The Reds. Sezon 13/14 miał być tym, w którym The Reds sięgną  po święty gral, ale niestety skończyło się na płaczu i zgrzytaniu zębów. Najbardziej było mi szkoda Steviego, bo facet latami ciągnął LFC za uszy, poświęcając całą swoją karierę jednemu klubowi. Zasłużył na nagrodę w postaci mistrzostwa, lecz los chciał inaczej. Przyszedł czas na ”Crystanbul” – tak fani nazwali remontadę na Selhurst Park. Liverpoolczycy prowadzili 3:0, ale ostatecznie zremisowali 3:3 i całkowicie zaprzepaścili szanse na tytuł mistrzowski.

Widok płaczącego Luisa Suareza i pocieszającego go Stevena Gerrarda złamał mi serce. Dwa ciosy, w ciągu kilkunastu dni. Najpierw upadek kapitana i porażka z The Blues na Anfield. Następnie spotkanie z Crystal Palace, które zostało ograne, ale mimo wszystko udało im się wyrównać. Liverpool miał wygraną w kieszeni, lecz przegrał sam ze sobą i Orły mogły cieszyć się z remisu. Wtedy coś we mnie pękło. Marzenia o wygraniu Premier League znowu trzeba było odłożyć na później. Zadałem sobie pytanie, ile jeszcze? Co musi się stać, abyśmy dopięli swego? Byłem zasmucony. Ekipa Rodgersa zakończyła sezon z wicemistrzostwem, ale w żadnym stopniu nie zrekompensowało to druzgocącego finiszu kampanii.

Nie będzie chronologicznie, bo przeskakuję do 2009 roku, gdy trafiłem na Anfield za sprawą pewnego gościa z Hiszpanii. Fernando Torres moim idolem został podczas Euro 2008, gdy wraz z kolegami sięgnął po mistrzostwo Europy, strzelając decydującego gola w finale z Niemcami. Zima, styczeń 2009 – właśnie wtedy po raz pierwszy obejrzałem całe spotkanie Liverpoolu. The Reds mierzyli się ze Stoke City i był to ich pierwszy mecz w nowym roku – padł bezbramkowy remis. Łapie mnie nostalgia, gdy wracam wspomnieniami do tamtych czasów, mimo że nie były one sukcesywne dla ekipy Beniteza. Torres, Gerrard i Alonso, to piłkarze, których najbardziej podziwiałem. Oni byli motorem napędowym The Reds, dając temu zespołowi niesamowitą jakość w pomocy i ataku. Zawsze imponowała mi współpraca El Niño i Stevena, którzy rozumieli się bez słów. SG harował w środku pola, strzelał ważne bramki i dogrywał wypieszczone piłki do Torresa, a ten bez skrupułów pakował futbolówkę prosto do siatki rywali.  Xabi Alonso kończył swoją przygodę z LFC, bo sezon 2008/2009 był jego ostatnim w czerwonych barwach. Cieszę się, że mogłem widzieć go jeszcze w duecie z Gerrardem, panowie rządzili środkiem pola. Wielka szkoda, że tej trójce nie udało się wygrać Premier League, bo na to cholernie zasłużyli.

Zawsze marzyłem o tym, aby ujrzeć Steviego, który podnosi puchar za zwycięstwo w Premier League. Niestety życie jest czasami okrutne i mój ukochany kapitan nigdy się tego nie doczekał. Było blisko za Beniteza, jak i za Rodgersa, ale zawsze coś stawało na drodze. Gdyby Jurgen przybył wcześniej, gdyby Gerrard pograł trochę dłużej w piłkę – można sobie gdybać w nieskończoność. Doceniam Stevena i uważam go za człowieka, który zrobił dla Liverpoolu bardzo wiele. Pozostawił serce na Anfield i miał fenomenalną karierę, mimo że zabrakło tego najważniejszego trofeum. Gdy opuszczał Liverpool w 2015 roku, było mi bardzo smutno. Ostanie dwa spotkania Stevena w barwach The Reds, to mecze ze Stoke City i Crystal Palace. Oba przegrane. Bolało mnie, że pożegnanie legendy musiało tak wyglądać. Football, bloody hell – chyba tylko tak można to opisać.

Witaj, Jurgen. 8 października 2015 roku zostanie przeze mnie na zawsze zapamiętany. Mój ulubiony trener, przejmuje mój ulubiony klub – lepiej być nie mogło. Kloppa znałem już wcześniej z racji tego, że śledziłem poczynania Borussii Dortmund i naszego ”Super Trio”, które wtedy stanowiło o sile BVB. Jurgen już wtedy udowodnił, że jest świetnym trenerem. Doprowadził dortmundczyków do 2 tytułów mistrza Niemiec, a także finału Champions League. Jego Borussia stała się jednym z topowych zespołów w Europie. Stworzył niesamowitą atmosferę na Signal Iduna Park – dla swoich podopiecznych był jak ojciec, za którym wskoczą w ogień. Uwierzyłem, że to samo uczyni z Liverpoolem, bo miałem dość wielu lat niepowodzeń i tego, że każdy nazywał nas Loserpoolem. Klopp objął angielskiego średniaka i zastał burdel, nie boję się tego mówić wprost. Początki były naprawdę ciężkie, nie wszystko szło po myśli niemieckiego szkoleniowca, ale kibice mu zaufali. Dostał czas, który idealnie wykorzystał i w ciągu 5 lat zbudował europejskiego giganta.

Minął jakiś rok i już dało się wyczuć team spirit w drużynie. Kloppo nie potrzebował zbyt dużo czasu, aby rozkochać w sobie kibiców i stać się dla swoich piłkarzy wodzem, którego traktują jak ojca. Niesamowity spektakl na Anfield, kiedy Lovren wraz z Sakho zostali bohaterami The Reds, zapewniając awans do półfinału Ligi Europy. Adam Lallana strzelający zwycięską bramkę na 5:4, a następnie ta euforia, podczas której Jurgenowi połamały się okulary. Kocham wracać do meczów z Borussią i Norwich, to one są takim symbolem zmiany i tego, iż nadchodzi nowa era. Przyniosły mi wiele radości i dały nadzieję, że Liverpool już wkrótce stanie się poważnym graczem na europejskim, jak i angielskim podwórku.

Przyszedł czas na zakupy. Najlepsze w 5-letniej karierze Jurgena na Anfield jest to, że stopniowo budował swoją drużynę. Nie było wydawania pieniędzy na prawo i lewo oraz nieprzemyślanych decyzji. Polityka transferowa The Reds jest zupełnie inna niż większości innych klubów. Michael Edwards to cichy bohater sukcesu, bo w głównej mierze dzięki niemu ściągnięto Firmino, Mane i Salaha za niezbyt wielkie pieniądze. Następnie kupiono Keitę, Van Dijka, Alissona i Fabinho – duet Klopp & Edwards, to gwarant idealnego zarządzania klubem. Gdy patrzę w przeszłość, która nie była pod tym względem kolorowa, na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Nastąpiły wielkie zmiany, które zmieniły Liverpool na lepsze, jeśli chodzi o kwestie finansowe. 

Pamiętam, gdy w 2016 roku Liverpool przegrał z Sevillą w finale Ligi Europejskiej. Każdy pewnie już o tym zapomniał i nie wraca myślami do tamtego wieczoru. Tamta przegrana nieco mnie podłamała, bo napaliłem się na pierwszy od dawna sukces Liverpoolu. Debiutancki sezon Jurgena, więc z czasem zrozumiałem, że nie wszystko przyjdzie tak łatwo, jakby się wydawało. Praca, praca i jeszcze raz praca – to czekało Bossa oraz jego ekipę w najbliższych sezonach. W końcu nastąpił przełom. Niesamowita kampania w Lidze Mistrzów, szalone pojedynki z City czy Romą pokazały, że duma Merseyside wraca na europejskie salony. Finał w Kijowie miał być powrotem czerwonych na szczyt, aczkolwiek nastąpiła brutalna weryfikacja. Wszyscy dobrze wiedzą, co wydarzyło się w finałowym spotkaniu z Realem Madryt. Kolejny cios, porażka, błędy Kariusa – ogarnęło mnie zwątpienie. 

TO JEST TEN SEZON – ileż to razy mówiłem znajomym kibicom, że najbliższy sezon Premier League będzie  ”tym sezonem”, w którym podopieczni Jurgena Kloppa sięgną po mistrzostwo Anglii. Kampania 2018/2019 w wykonaniu liverpoolczyków była fenomenalna. Walka łeb w łeb z Manchesterem City zakończona wicemistrzostwem kraju. Znowu nie wygraliśmy ligi, lecz poczułem, że w końcu mamy zespół, który prędzej czy później to zrobi. Słodko-gorzkie uczucie, bo niby świetny sezon, aczkolwiek z drugiej strony przegrywamy z The Citizens jednym oczkiem. Pozostało liczyć na zwycięstwo w Champions League. Drugi z rzędu finał musieliśmy wygrać, innej opcji nie przyjmowałem. Zwłaszcza po tak epickiej remontadzie z Barceloną, kiedy to panowie zgotowali katalończykom piekło na Anfield Road. Czekałem, wyczekałem, doczekałem. Przełamaliśmy niemoc i zwyciężyliśmy z Tottenhamem, zdobywając pierwszy tytuł za kadencji Jurgena. Ulga. Liverpool po 14-latach zdobył pierwsze poważne trofeum, nawiazując do najlepszych dla klubu lat, gdy Shankly i Paisley święcili triumfy z Liverpoolem.

Fajnie jest napisać, że Liverpool to mistrz Anglii. Kibicowałem, czekałem, smuciłem się i wzruszałem – nie żałuję tych wszystkich spędzonych lat z The Reds. Zaczynałem, gdy miałem 8,5 roku, więc minął już szmat czasu, a ja z dzieciaka stałem się 19-letnim młodym mężczyzną, lecz nadal tak samo zakochanym w Liverpoolu. Co sezon powtarzałem sobie, że w końcu nadejdzie czas, kiedy wygramy Premier League, ale zawsze podkładano nam kłody pod nogi – właśnie te przeciwności losu i liverpoolskie męczennictwo, nauczyło mnie, że nie warto się poddawać i walczyć o swoje marzenia. Po pięciu latach ciężkiej pracy Jurgena i całego zespołu udało się wygrać to, na co fani Liverpoolu czekali 30 lat. Kończący się sezon jest dla ekipy Kloppa bajeczny, bo zdominowali ligowe rozgrywki, zostawiając rywali daleko w tyle. Nie udało się powtórzyć wyczynu The Invincibles i przejść całego sezonu bez porażki, lecz w żadnym stopniu nie umniejsza to wyczynu LFC. Najszybciej zdobyte mistrzostwo w historii i rownież szansa na pobicie punktowego rekordu Man City, który w sezonie 2017/2018 zdobył 100 punktów – to w idealny sposób pokazuje, że Liverpool rozegrał niesamowitą kampanię, o której będzie się mówić przez długie lata.

Tell the world, we are Liverpool, champions of England.

 

Kibicuję Liverpoolowi i Realowi Madryt, a moją ulubioną ligą jest angielska Premier League. Piłką nożną interesuję się od wielu dobrych lat. Oprócz futbolu jestem wielkim fanem wrestlingu i skoków narciarskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *