Włoskie wojny – Juventus i Torino: Derby Della Mole

Jak wcześniej mówiłem o nieoficjalnie najstarszych derbach we Włoszech, czyli Della Lanterna, to teraz pomówimy o oficjalnie najstarszych. Znowu siedzimy na północy, bo jednak Północ, czyli Liguria, Piemont czy Lombardia to są kolebki włoskiego futbolu. My się dziś zatrzymamy na chwile w stolicy Piemontu – Turynie. W tej malowniczej miejscowości u podnóża włoskich Alp znajdują się dwa kluby z jak wielką i bogatą historią. Stara Dama i Granatowi. Bianconeri i Il granataJuventus i Torino, czy Derby Della Mole. 
 
Juventusie bardziej się wypisze w osobnym artykule, który ujrzy światło dzienne w następnym tygodniu. Tutaj dam bardziej podstawowe informacje tego “bogatszego w pieniądze i skandale” klubu z Turynu. Powstały 1 listopada 1897 klub sportowy został wskrzeszony z inicjatywy uczniów liceum imienia Massimo D’Azeglio. Po dwóch latach klubu zmienił się w stricte piłkarski, a rok później został wdrożony do Włoskiej Federacji Piłkarskiej. Największe sukcesy Juventus święcił w latach 30. , 70., w pierwszej połowie lat 80., na skrajach tysiąclecia oraz w latach 10. XXI wieku. Są jedynym klubem we Włoszech z trzema gwiazdkami nad herbem klubowym, oznaczające ponad 30 zdobytych scudetto (aktualnie 36). Stara Dama posiada także najwięcej Pucharów Włoch (13), Superpucharów Włoch (9) czy… wicemistrzostw Włoch (21). Bezkonkurencyjnie jest to najbardziej utytułowany klub na włoskich boiskach pod względem tytułów krajowych. Bo gdyby popatrzeć na puchary europejskie, też jest tam jeden rekord, ale bardzo uprzykrzający Bianconerim. A chodzi o ilość przegranych finałów Ligi Mistrzów. Na dziewięć, w których Juve brało udział, wygrali tylko 2 razy, choć fani Juve mówią tylko o jednym, gdyż trofeum z roku 1985 przyćmiła tragedia na trybunach Heysel. Dlatego, dla większości fanów Starej Damy, istnieje tylko ten z 1996 roku przeciwko Ajaxowi, zdobyty na Stadio Olimpico w Rzymie.

Do tego 3 Puchary UEFA i kilka pomniejszych pucharów europejskich. Sam klub na Półwyspie Apenińskim jest albo strasznie kochany, ale nienawidzony. Jak to kiedyś jeden kibic Torino powiedział dla wywiadu w telewizji “Juventus w żadnym mieście nie jest najpopularniejszym klubem we Włoszech, ale w każdym mieście jest drugim najpopularniejszym”. Posiada od największą bazę fanów i we Włoszech, jak i na całym świecie. Ale tyle ile Juve posiada fanów, tyle posiada antyfanów. Szczególnie przez skandale wywoływane wokół środowiska Bianconeri. Od sędziów promujących większe kluby i to słynne “psychologiczne niewolnictwo” po Calciopoli z Triadą na czele. Wyzwiska lecące w stronę Juventusu są na porządku dziennym, często od złodziei czy od garbusów, szczególnie popularne we Florencji (jest przesąd we Włoszech, że garbatych los lepiej stawia, po prostu są szczęściarzami). W tym sezonie następuje zmiana pokoleniowa na Allianz Arena i raczej hegemonia Juventusu na kilka chwil się zatrzyma. Ale jak na długo? Widząc w składzie takich piłkarzy jak Chiesa, De LigtDemiralKulusevski czy Drăgușin, raczej fani nie powinni być zdenerwowani. 
 
A teraz przejdźmy do tego “tragicznego” klubu z Turynu. Tego bardziej kochanego w mieście, tego z (według mnie) ciekawszą, a zarazem smutniejszą historią. I nie tylko przez Superge. Klub powstały w 1906 musiał chwile poczekać na swoje czasy świetności, lecz kiedy one przyszły, zbudowały one najlepszą drużynę na świecie lat 40., Grande Torino. Do dziś wspominana drużyna przez każdego fana calcio. Pięć tytułów z rzędu (plus jeszcze jedno w 1943 roku). Jeden z największych potworów w historii europejskiej piłki. Jak teraz się podziwia Bayern wygrywający z Wolfsburgiem w 10-tke, drużyna Il granata, z Valentino Mazzolą na czele potrafił gromić zespoły ze swojej ligi po 7:0, 8:0 czy 10:0. I nie tylko średniaków ligowych. W pamięci zachowa się spotkanie Grande Torino z Romą, gdzie Kasztanowi wygrywali z Giarlorossimi 6:0 po 19(!) minutach spotkania. Słynny gest zakasania rękawów przez kapitana Toro Mazzole zawsze święcił wysoki wynik. Niestety, każda piękna historia musi się skończyć. Ale ta skończyła się po prostu za tragicznie. 4 maja 1949, drużyna Grande Torino wracała z Lizbony po towarzyskim meczu z Benfiką. Niestety w Turynie osiadła w owym dniu gęsta mgła, utrudniająca pilotowi lądowanie na miejscowym lotnisku. Około godziny 17, samolot roztrzaskał się o tył bazyliki na wzgórzu Superga. Zginęły wszystkie 31 osoby. Dwaj piloci, sztab klubowy oraz piłkarze. Choć nie wszyscy piłkarze Grande Torino wtedy zginęli. Sauro Toma, to o nim tu mówimy, uniknął swojego losu dzięki kontuzji kolana, która wyeliminowała go z prawie całego sezonu. Wokół całego wypadku narósł szereg mitów i legend. Od tych, co przeżyli (wspomniany Toma, prezydent klubu Nova, oraz dziennikarz radiowy Carosio), czy śmierci Torino. Ten wypadek wywarł wielkie piętno na każdym kibicu Il granaty. Już nigdy klub w granatowe barwy nie był taką potęgą jak wtedy i mimo mistrzostwa Włoch z sezonu 1975/76, dalej czuć piętno tego wypadku.

Ale to nie koniec tragedii dla fanów Torino. W latach 80. I 90. Filadelfia, czyli stary stadion Torino i kolebka Grande Torino, miał już nie pełnić tej funkcji. Klub miał występować na stadionie olimpijskim w Turynie, razem z ich odwiecznym wrogiem, Juventusem. Żaden kibic się na to nie zgodził i żądałi od administracji Turynu, oraz prezesów o renowacje Filadelfii. Niestety, główna drużyna nie wróciła już na swój stary stadion w oficjalnym meczu. Aktualnie stadion wyremontowano, ale ze względu na małą pojemność, jest głównie używany jako boiska treningowe, albo dla drużyn młodzieżowych.

Kolejną tragedią jest wypadek Gigiego Meroniego, młodej supergwiazdy Torino, ściągniętej w 1964 roku z Genoi. Od razu rozkochał w sobie kibiców. Nie tylko ze względu na jego talent w grze na prawym skrzydle, ale i wygląd czy ekstrawagancje. Można by powiedzieć, że był on włoskim Georgem Bestem, ale Gigi nie wybierał kobiet jak Besty. W tym aspekcie, jak dobrze pamiętam, był, bardziej konserwatywny. Z nim w składzie oraz z Nereo Rocco na ławce trenerskiej, drużyna Torino walczyła o scudetto w latach 1964-67. Niestety, po meczu z Sampdorią w 1967 roku, Meroni oraz jego klubowy kolega Fabrizio Poletti zostali potrąceni przez 19-letniego Artillo Romero, który jak się później okaże, zostanie przyszłym prezydentem Torino. Gigi doznał wtedy poważnych złamań miednicy, czaszki oraz obu nóg. Pierwsze diagnozy były okropne, ale szczęśliwe: przeżyje, ale nigdy nie zagra w piłkę. Na nieszczęście, wczesną nocą stan Meroniego pogorszył się w zmarł tego samego dnia. Turyn, jak i całe Włochy pogrążyły się w żałobie. Na pogrzeb zmarłego zawodnika przybyło ponad 20 tysięcy osób. Porównywano to do Supergi. Nastrój pogrzebowy trwał jeszcze długo do następnego tygodnia, gdzie w Turynie były rozgrywanie derby. I jakby pod znakiem cudu, Torino wygrało ten mecz, hołdując przed meczem wieniec kwiatów po prawej stronie boiska. Tam, gdzie przed tragedią, grał Meroni. Dziś na miejscu pamiętnego wypadku stoi mały pomnik, upamiętniający tego znakomitego skrzydłowego.

Następne lata po ostatnim mistrzostwem z ‘76 roku były ciężkie. Klub borykał się z problemami finansowymi. Dwukrotnie zmieniał nazwę. Częściej także spadał do Serie B. Aktualnie historia ze spadkiem może się niestety powtórzyć. Ale nawet jeśli, najważniejsze jest to, żeby Il granata wróciła do Serie A. Bo im się to po prostu należy.  
 
Kończąc ten felietono-artykuł pogadajmy o relacji pomiędzy oboma klubami. No i niestety nie jest jak wcześniej opisanych Genoi czy Sampdorii. Derby Della Mole to walka klas. Bogatych, wykształconych oraz wysoko postawionych fanów Juve, oraz niżej położonych, ale bardziej licznych fanów Torino z fabryk. I choć nie są już tak mocno widoczne jak na początku, głównie z powodu emigracji ludzi z południa w latach 70. do Turynu, dalej czuć tą różnice. Oba kluby nie szkodziły sobie hasłami na drugich. Jedne z gorszych to te po tragediach z Supergi czy Heysel, pokazujące, że kibice obu klubów szczerze się nienawidzą z całego białoczarnego czy kasztanowego serca. Pod względem statystyk to Juventus dominuje z łączna ilością 107 zwycięstw na koncie, przeciwko 73 wygranych Torino. Także, w ciągu ostatnich 26 lat, tylko raz Torino pokonało Juve (2-1 w sezonie 2014-15, gdzie na środku obrony grał Kamil Glik). Okoliczności wskazują na to, ze dziś będzie tak samo. A jak się skończy? Zobaczymy. Na pewno możemy być jednego pewni. Będą emocje na najwyższym poziom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *