Jak się sypie, to sypie się wszystko – Liverpool utracił mentalność zwycięzców

Kryzys na Anfield Road trwa w najlepsze, Liverpool trapią kontuzje czołowych piłkarzy, a Jurgen Klopp rozkłada jedynie ręce i ciągle szuka sposobu na wyjście z marazmu, w który popadł jego zespół. Ostatnie porażki jeszcze bardziej dołują niemieckiego szkoleniowca, zawodników i kibiców, którzy tęsknią za czasami, w których The Reds byli mentalnymi potworami. 

fot. skysports.com

Jak się sypie, to sypie się wszystko

Tytuł mojego felietonu jest odwołaniem do ostatnich wydarzeń, które dobijają The Reds i obnażają ich słabości oraz problemy, z którymi się zmagają. Ten sezon dla Liverpoolu udany nie jest i widać to gołym okiem, mimo że Klopp niektórymi spotkaniami maskował problemy swojego zespołu. A to zwyciężyli z Leicester, Wolves, Tottenhamem i wysoko z Crystal Palace w grudniu, by potem zaliczyć kilka słabszych meczów w postaci remisów z WBA, Newcastle i porażki na początku roku z Southampton. Liverpool został ugodzony prosto w serce na Anfield, gdzie poległ pierwszy raz od 3,5 roku. Serię przerwało toporne Burnley Seana Dyche’a, które wygrało rzutem na taśmę po rzucie karnym w końcowych minutach spotkania. Ostatnie wygrane nad Spurs i West Hamem na wyjeździe, wlały w liverpoolskie serca trochę nadziei, że coś pomału rusza i wracają oni na odpowiednie tory. Niestety było to tylko złudne wrażenie, które zdemaskowało Brighton, wygrywając z Liverpoolem 1-0. Graham Potter i jego ekipa nie mieli trudnego zadania, bo Liverpool po prostu nie dojechał na to spotkanie. Druga z rzędu klęska na Anfield podłamała podopiecznych Kloppa i wprowadziła zmieszanie w ich szeregach.

fot. This is Anfield

Błędy, które rozbiły Liverpool

Wszystko posypało się jak domek z kart, gdy Alisson popełnił dwa błędy, po których Manchester City z zimną krwią aplikował piłkę do jego siatki. Liverpool w tamtym spotkaniu wcale nie wyglądał źle i do pewnego momentu naprawdę całkiem dobrze sobie radził, ale wystarczyła chwila dekoncentracji Beckera i było już po wszystkim. Obywatele po wyjściu na prowadzenie całkowicie stłamsili liverpoolczyków i wymazali im z głowy wiarę w odwrócenie losów tego meczu. Naciskali, czuli się coraz pewniej, a The Reds cofali się we własne pole karne, z którego nie mogli wyjść, będąc wciskanym w nie przez pressing The Citizens. Gdyby na boisku grała drużyna Liverpoolu z poprzedniego sezonu, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej i podopieczni Jurgena Kloppa walczyliby do upadłego o każdy metr boiska. Niestety gen mentalnych potworów umarł już dawno i nieprędko zmartwychwstanie, bo nic nie zapowiada poprawy w grze obecnych mistrzów Anglii.

fot. theguardian.com

Przyczajone Lisy, trzy szybkie ciosy i goodbye Liverpool

Tydzień temu na King Power Studium miało dojść do przebudzenia mocy. Debiutował Kabak, nastawienie do gry ze strony piłkarzy było bardzo pozytywne i ogólnie wydawało się, że zespół ochłonął po druzgocących wydarzeniach z koszmaru, który zgotowała im ekipa Pepa Guardioli na Anfield. Grali na niezłym poziomie, w końcu strzelili bramkę i pewnym krokiem zmierzali w kierunku wiktorii… ale znowu siadła koncentracja i wizja pozytywnego rezultatu natychmiastowo się oddaliła. Faul Thiago przed polem karnym, rzut wolny wykorzystany przez Jamesa Maddisona i mówiąc w popularnym żargonie Liverpoolowi “siadła psycha”. Brak komunikacji między Kabakiem i Alissonem i po chwili The Reds przegrywali już 2-1, by za chwilę dostać cios ostateczny, po którym nie byli w stanie się już podnieść. Zadecydowały detale i błędy, których mistrzowie Anglii nie potrafią się wystrzegać, a gdy raz zawalą, leci za nimi lawina kiksów i w moment pojawia się multum problemów, które zaburzają ich grę.

fot. skysports.com

Everton zgasił światełko w tunelu

Wczorajsze Derby Merseyside były pierwszymi od 1999 roku, w których Everton wygrał na Anfield. The Toffees od blisko 22 lat nie mogli przełamać się na terenie swojego lokalnego rywala i dopiero wczoraj udało się im zmazać niechlubną serię porażek, która ciągnęła się za nimi przez ponad dwie dekady. Liverpool był na fali wznoszącej po wtorkowym zwycięstwie nad Lipskiem w meczu 1/8 finału Champions League, ale czy na pewno? Bzdura. Pojawiały się oczywiście głosy, że wygrana z ekipą Nagelsmanna przywróci The Reds do porządku, lecz było to ponowne złudne wrażenie progresu. Tak naprawdę Lipsk podarował Liverpoolowi dwie dogodne sytuacje, które na bramki zamienili Mohamed Salah i Sadio Mane. Można było się uśmiechnąć, snuć wizję powrotu do dawnej formy i powiedzieć, że ta wygrana coś zmieni, a w rzeczywistości nie zmieniła zupełnie nic, co było oczywiście do przewidzenia. Everton przyjechał na Anfield zgarnąć trzy punkty i jeszcze bardziej dojechać człapiący po murawie Liverpool. Podopieczni Jurgena Kloppa znowu bili głową w mur, tylko że tym razem w ten evertoński. Taktyka Ancelottiego idealnie się sprawdziła, a The Reds nie zrobili nic, co mogłoby odwrócić losy tego spotkania. Stracili lidera Jordana Hendersona, skuteczność leżała na glebie i nie chciała wstać, a Everton w konsekwentny sposób działał wedle planu założonego przez Carlo. Rzut karny to oczywiście parodia, ale już mniejsza z tym, bo nie ma co doszukiwać się błędów sędziego i zwalać winy na los. Fakt, Liverpool miał wczoraj trochę pecha, ale przegrał w pełni zasłużenie, bo nie potrafił znaleźć sposobu na przełamanie swojej niemocy. Czwarte z rzędu ligowe niepowodzenie na własnym podwórku niepokoi, ale na pewno nie dziwi, bo z taką grą The Reds nie wygraliby meczu na żadnym innym stadionie.

fot. The Liverpool Offside

Piłkarska depresja, która się pogłębia

Gdy na człowieka spada masa problemów, niepowodzeń i porażek, może to źle oddziaływać na jego psychikę. Jeśli ten stan utrzymuje się przez dłuższy czas, bardzo prawdopodobne jest zachorowanie na depresję. Wtedy należy szukać pomocy i udać się do psychologa lub psychiatry, który pomoże danej osobie wyjść z trudniej dla siebie sytuacji, bo często bywa tak, że nie dajemy sobie rady i próbujemy sami okiełznać nasze zaburzenia, a końca naszych dolegliwości nie widać. Liverpool właśnie popadł w depresję, ale taką piłkarską, która doszczętnie wypala cały zespół pod względem mentalnym, aczkolwiek drużyna siada również w aspekcie fizycznym. Wydarzenia z początku sezonu mają kolosalny wpływ na obecne LFC i te problemy ciągle się nawarstwiają, a recepty na przywrócenie zdrowia nie ma. Kontuzje, utrata wiary we własne możliwości, wypalenie, porażki i trener, który przeżywa najtrudniejszy okres w swojej karierze. Źle się dzieje i ciężko przewidzieć, kiedy uda się to wszystko poskładać do kupy. Kibice wierzą w Jurgena Kloppa, który przecież odbudował ich ukochany klub i jednocześnie zmienił wszystkich ludzi wątpiących, w ludzi wierzących. Ma ogromny kredyt zaufania i sądzę, że prędzej czy później odbuduje Liverpool, ale na to potrzeba troszkę więcej czasu.

fot. skysports.com

Zmiany, wietrzenie szatni i nowe formacje

Jurgen Klopp znany jest z tego, że lubi się trzymać swojej żelaznej jedenastki, co zresztą widzieliśmy w czasach, gdy prowadził Borussię Dortmund. Na Anfield Road zbudował skład, którego mocno się trzyma i rzadko jest chętny na większą rotację. Teraz, gdy czarne chmury zakryły blask mistrzowskiej drużyny, 53-latek musi szukać rozwiązań, które poprawią grę jego chłopców. Zmiany to podstawa, bo Liverpool nie będzie wiecznie jechał na dobrze wszystkim znanym trio, a Wijnaldum hasał w środku pola. Czas leci, zawodnicy się starzeją, więc naturalną koleją rzeczy są zmiany i przysłowiowe wietrzenie szatni. Klub latem będzie musiał podjąć konkretne kroki i zreformować drużynę przy pomocy Kloppa. Problemem może być Fenway Sports Group i szanowny właściciel John W. Henry, który znany jest ze swojego skąpstwa. Bez wsparcia FSG i pieniędzy na transfery The Reds nie przejdą reformacji, która jest potrzebna, jak tlen do życia na planecie Ziemia. Przydałby się zastrzyk świeżej i młodej krwi w zespole, którą mógłby być na przykład Erling Haaland, czy francuska rewelacja Kylian Mbappe. Kupno Diogo Joty ożywiło linię ofensywną, bo Portugalczyk strzelał bramki i wnosił sporo jakości w grę Liverpoolu. Thiago miał wynieść linię pomocy w nowy wymiar, ale jego magia gdzieś zanikła, na co pewnie wpływ miał COVID i październikowa kontuzja. Davies i Kabak to według mnie opcje zapasowe, które zostały ściągnięte przez Jurgena tylko ze względu na to, że FSG nie udostępniło większej sumy pieniędzy na transfery. Latem klub musi wspomóc Kloppa i zabrać się do ciężkiej roboty i z pomocą genialnego Michaela Edwardsa, ściągnąć na Anfield piłkarzy z perspektywami na przyszłość, którzy wzmocnią drużynę. Transfery to oczywiście nie wszystko, bo przede wszystkim trzeba zmienić się styl gry, który już dawno został rozszyfrowany przez rywali. Klopp musi zacząć korzystać z nowych formacji i przestać trzymać się jednego schematu, na którym opiera grę Liverpoolu od lat.

Kibicuję Liverpoolowi i Realowi Madryt, a moją ulubioną ligą jest angielska Premier League. Piłką nożną interesuję się od wielu dobrych lat. Oprócz futbolu jestem wielkim fanem wrestlingu i skoków narciarskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *