Dwa kroki od trofeum – Italia Manciniego zmierza po mistrzostwo Europy

W 2006 roku wybitny szkoleniowiec Marcelo Lippi doprowadził reprezentację Włoch do tytułu mistrzów świata na mundialu w Niemczech. To był ostatni sukces Squadra Azzura na wielkim turnieju i od tego czasu włoski futbol zaliczał duży regres, który trwał przez kilka lat. Teraz Italia wraca na szczyty piłki reprezentacyjnej za sprawą kolektywu zbudowanego przez Roberto Manciniego, a we Włoszech trwa szaleństwo i wiara w końcowy triumf w mistrzostwach Starego Kontynentu. 

fot. Nicolò Campo/Getty Images

Projekt: Italia restart

Roberto Mancini objął reprezentację Italii w 2018 roku i bez owijania w bawełnę oddzielił grubą krechą dawne dzieje, skupiając się na przywróceniu włoskiej piłki na szczyt. Nie był to łatwy proces, ale w przypadku takich projektów potrzebna jest duża ilość czasu, który Mancini idealnie wykorzystał. Dostał rozbity zespół i miał poukładać te klocki na nowo, ale na swój sposób, bo wszyscy chcieli pozytywnej zmiany po fatalnych eliminacjach do mundialu w Rosji. Już w tamtym okresie głównym celem był najbliższy wielki turniej, czyli Euro 2020, na który Italia musiała się najpierw dostać. Zmiana pokoleniowa i trenerski fach Manciniego miały przynieść wyczekiwane założenia, na które czekały całe Włochy. Zwycięstwo z przytupem w grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Europy było tylko potwierdzeniem, że ta drużyna zmierza w jak najlepszym kierunku.

fot. Marca.com

Kolektyw

Słowo klucz pracy Manciniego za sterami reprezentacji Włoch. Zbudował drużynę, która charakteryzuje się jednością i ma w składzie wiele fenomenalnych jednostek, które połączone razem tworzą monolit nie do przejścia. Wszyscy za wszystkich, wszyscy za jednego i można grać o najwyższe cele, a te są właśnie głównym zadaniem będących obecnie na fali Włochów. Przejście fazy grupowej w kapitalnym stylu, w dodatku bez straty bramki i 9 punktowa zdobycz, jeszcze bardziej podkręciła Azzurich na dalszą część mistrzostw. Mecz z Austrią w 1/8 finału napędził im trochę strachu, bo musieli grać dogrywkę i wyszarpać awans z rewelacyjnie dysponowanym oponentem. Chiesa i Pessina uratowali Italię, co pokazało, że w tym zespole każde ogniwo jest arcyważne i może poprowadzić drużynę do zwycięstwa.

fot. Getty Images

Spotkanie z podopiecznymi Franco Fody należało do tych z serii najcięższych i nie układało się po myśli Włochów, którzy ciągle byli odcinani przez bardzo dobrze zorganizowaną defensywę Austriaków. W podstawowym czasie gry padł wynik remisowy i faktem stała się dogrywka, która ułożyła się dla Squadra Azzura zdecydowanie lepiej niż podstawowe 90 minut. A przecież równie dobrze mogło się to zakończyć wygraną Austrii i sensacją na miarę Szwajcarii eliminującej Francję po rzutach karnych, gdyby tylko bramka Marko Arnautovica nie była strzelona ze spalonego. Wtedy Roberto Mancini przeprowadził dwie roszady, które były kluczowe dla losów spotkania i wprowadziły Italię do ćwierćfinału. Federico Chiesa popisał się pięknym zgraniem piłki do lewej nogi, a potem oddał strzał na bramkę Bachmanna. Chwilę później Matteo Pessina dołożył swoją cegiełkę do wiktorii Italii i cieszył się razem z kolegami wykonując zapadającą w pamięć cieszynkę. Ta wygrana nadeszła po sporych trudnościach i po niezbyt dobrej grze, ale takie spotkanie musiało nadejść i Włosi musieli swoje przecierpieć, by znaleźć się w najlepszej ósemce turnieju.

fot. Football Italia

Mecz, który miał zweryfikować wielkość Italii

Starcie pomiędzy Włochami i Belgią było najbardziej wyczekiwanym ćwierćfinałem Euro 2020. Dwóch faworytów do końcowego zwycięstwa w turnieju, którzy musieli ze sobą rywalizować już na tym etapie zmagań. Dwa zespoły grające futbol na wysokim poziomie i dysponujące piłkarzami klasy światowej. Roberto vs. Roberto – Lukaku vs. Chieliini i Bonucci oraz zderzenie się rewelacyjnych środków pola, którymi mogą pochwalić się obie reprezentacje. Poziom tego meczu w pierwszej jego odsłonie stał na kosmicznym poziomie i nikt nie spuszczał nogi z gazu, ale to Włosi okazali się być zdecydowanie bardziej jakościową drużyną, która dwukrotnie nadgryzła Czerwonych Diabłów. Najpierw przepiękna bramka Nicolò Barelli, który świetnie poradził sobie z belgijską defensywą i mocnym strzałem pokonał Courtois’a, a kilka minut później padło tak zwane golazo autorstwa Lorenzo Insigne. Mieli wszystko pod kontrolą i dominowali rywala w każdym sektorze boiska, więc trochę dziwnym zjawiskiem był faul Di Lorenzo w polu karnym, bo przecież grali tak świetnie w obronie, a tutaj jednym zagraniem podłączyli Belgów do tlenu.

Dramat Spinazzoli i cierpienia Squadra Azzura

Idealnie układająca się gra w pierwszej części spotkania dała Włochom komfort, ale bramka kontaktowa strzelona przez Lukaku nieco wybiła ich z rytmu, na którym utrzymywali się od pierwszego gwizdka. Potem było już gorzej, co nie zmienia faktu, że nadal oglądaliśmy niezwykle groźną Italię, która jest w stanie ukąsić rywala w każdej możliwej chwili. Belgowie przeprowadzali wiele ataków na bramkę Donnarummy, ale mieli duży problem z ich wykończeniem i kończyło się pudłem lub odbiorem futbolówki przez włoską defensywę. Niewątpliwie punktem kulminacyjnym końcowych fragmentów meczu był poważny uraz Leonardo Spinazzoli, który jak się okazało zerwał ścięgno Achillesa i nie zagra już do końca tego roku. Przykro było patrzeć na wijącego się z bólu i rozpaczy 28-latka, który rozgrywał turniej swojego życia, a w najważniejszej jego fazie nie będzie mógł pomóc swoim kolegom w walce o tytuł mistrza Europy.

Wyrachowany i cwaniacki futbol, jak za czasów Lippiego

Po nieprzyjemnych wydarzeniach z udziałem Spinazzoli, Roberto Mancini musiał zagrać tak, aby dociągnąć korzystny rezultat do końca. Nie było miejsca na techniczne zagrania, czyhanie na skontrowanie rywala i szukanie trzeciego gola. Włosi musieli zagrać cwaniacki futbol w stylu trenera Lippiego, by marzyć o końcowym sukcesie, dlatego w końcówych minutach widzieliśmy dużo fauli, wymuszeń i trochę aktorstwa ze strony Italii. Wielu osobom taka gra się nie podoba i uznają to za antyfutbol i jest to w pełni zrozumiałe, ale należy brać pod uwagę fakt, że nie mieli innego wyjścia przeciwko tak silnej Belgii, która walczyła o przetrwanie na Euro. Squadra Azzura za wszelką cenę musiała przecierpieć finałowe momenty spotkania i do końca stawiać opór rozpędzonym Belgom. Ta sztuka się im powiodła i to wszystko dzięki przemyślanej taktyce i kunszcie trenerskich umiejętności 56-letniego szkoleniowca z miejscowości Jesi.

fot. Marca.com

Puchar w zasięgu ręki, ale droga po niego będzie kręta i niepewna

Wiele czynników wskazuje na finalny sukces Włochów na europejskim czempionacie, ale należy wstrzymać się z przyznawaniem laurów przed ostatecznymi rozstrzygnięciami. Italia gra pięknie i większość kibiców jest nimi zachwycona, bo po prostu ciężko ich nie wspierać. Mądry selekcjoner, wspaniała atmosfera w drużynie i olśniewający styl, który jest czymś odmiennym od tego, co dawniej prezentowały reprezentacje Italii. Słynne Catenaccio już dawno odeszło w zapomnienie i pozostało jedynie miłym wspomnieniem, bo teraz rządzi nowoczesna piłka, którą ludzie pokochali i która może doprowadzić Italię na szczyt Europy. W półfinale czeka ich batalia z Hiszpanią, czyli odwiecznym rywalem na turniejowym podwórku, który zawsze sprawiał Włochom dużo kłopotów. Teraz będzie podobnie, bo Luis Enrique i jego La Furia Roja rozpędzają się z meczu na mecz i mimo dosyć brzydkiego stylu są do bólu skuteczni w swoich poczynaniach. Jeśli Azzurim uda się awansować do finału, również nie będzie spacerku, bo każda z pozostałych drużyn może sprawić niespodziankę, a Anglicy, czyli murowani kandydaci do tytułu, mają jeszcze wsparcie trybun, które może być kluczem do zwycięstwa w finale na Wembley.

Kibicuję Liverpoolowi i Realowi Madryt, a moją ulubioną ligą jest angielska Premier League. Piłką nożną interesuję się od wielu dobrych lat. Oprócz futbolu jestem wielkim fanem wrestlingu i skoków narciarskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *