Był taki mecz – Liverpool kontra Dortmund na Anfield

Liverpool przyzwyczaił swoich kibiców do thrillerów, horrorów i dramatów. Stadion Anfield, jest miejscem, które widziało już wiele takich spotkań. W erze Kloppa nie zabrakło szalonych meczów, a jednym z nich był określany mianem “thrillera” mecz z Borussią Dortmund w ramach Ligi Europy. Były to początki Jurgena w mieście Beatlesów, więc zwycięstwo nad zespołem, który prowadził w przeszłości było nadzwyczaj cenne. Grzmoty, huki, emocje, napięcie i szczęśliwy happy end dla The Reds, którzy wrócili z piekła do nieba. Przez chwilę byli poza burtą pucharowych rozgrywek, ale magia Anfield i determinacja doprowadziła ich do wielkiego zwycięstwa. Ironią losu był fakt, że bramki na wagę zwycięstwa strzelali Ci, którzy zawsze byli na świeczniku fanów Liverpoolu, czyli Sakho i Lovren. Pamiętam, że tamto spotkanie oglądałem na antenie Canal+ Sport, zaś komentarzem zajął się niezawodny duet Twarowski & Nahorny. Nie dość, że oglądać mogliśmy świetne piłkarskie widowisko, to jeszcze komentarz tej dwójki dopełniał całość w idealny sposób.

Myślę, że mogę określić ten dwumecz “przyjacielskim”, bo nie od dziś wiadomo, że oba kluby są przyjacielsko nastawione wobec siebie. Pięknie było to widoczne na Anfield, gdzie kibice obu klubów odśpiewali hymn “You’ll Never Walk Alone”, co mnie bardzo poruszyło i jednocześnie elektryzowało. Jeden z najlepszych wykonów w historii, który wprowadził wszystkich zebranych na stadionie w niesamowity nastrój. Pierwszy mecz w Dortmundzie zakończył się remisem 1-1, więc kwestia awansu do półfinału miała się rozstrzygnąć w świątyni The Reds. Początek spotkania nie mógł napawać gospodarzy optymizmem, bo Mychitarian i Aubameyang szybko skarcili Liverpool, który po pierwszych 10 minutach przegrywał już 2-0. Pierwsza połowa wskazywała na to, iż liverpoolczycy są skazani na odprawę z Ligi Europejskiej, jak się okazało były to tylko pozory.

Drugą połowę czerwoni rozpoczęli bramką kontaktową, która jednak wiele nie dała, bo już kilka minut później Marco Reus podwyższył wynik na 3-1 dla Borussii. Był to jednak zapalnik dla The Reds, w których widać było determinację i chęć odrobienia strat za wszelką cenę. Klopp zaczynał szaleć, kibice coraz głośniej dopingować swoich ulubieńców, cały stadion huczał i oczekiwał remontady Liverpoolu. Czułem, że Liverpool łatwo skóry nie sprzeda, mimo że sytuacja kolorowa nie była. Lallana, Can, Milner i strzelający gola na 3-2 Coutinho tchnęli w zespół nowe życie, co było początkiem późniejszych wydarzeń. “Po burzy zawsze wychodzi słońce” dla Liverpoolu taką burzą był Dortmund, który nieźle napsuł nerwów klubowi z czerwonej części Merseyside. Wydawało się, że The Reds nie odrobią strat i pożegnają się z europejskimi pucharami. Naciskali, strzelali i nie odpuszczali, ale efektów mordęgi widać nie było, bo rezultat nadal był korzystniejszy dla dortmundczyków.

Końcowe kilkanaście minut rozpaliło kibiców Liverpoolu do czerwoności. Gdy nie idzie z gry, trza ze stałych fragmentów próbować, tego właśnie spróbowali The Reds i jak się okazało był to klucz do zwycięstwa. W 77 minucie trafił ten, który sprawiał problemy w szatni LFC i miał na pieńku z Kloppem. Mamadou Sakho wprawił fanów w euforię i wlał do serc nadzieję, że tu jeszcze można wygrać. Remontada stawała się faktem, zaś Borussia coraz bardziej cofała się pod własne pole karne. Liverpool przejął kontrolę nad meczem, nie dając wytchnienia obrońcom BVB. Stałe fragmenty okazały się lekiem na niemoc, która sprawiała problemy The Reds przez dłuższy okres spotkania. Doliczony czas gry, wrzawa na The Kop i wiara w gola dającego awans. Liverpool wznawia grę rzutem wolnym, od którego rozpoczyna się akcja zapewniająca upragnione zwycięstwo. Daniel Sturridge ogrywa obronę i podaje futbolówkę do Jamesa Milnera, który posyła celne dośrodkowanie w pole karne Dortmundu. Piłkę głową zgasił Lovren, zaś ona wpadła do siatki rywala, to ostatecznie okazało się decydującym ciosem. Stadion eksplodował radością, a kibice zaczęli świętować wygraną, o którą przyszło w bolączkach i męczarniach.

Kibicuję Liverpoolowi i Realowi Madryt, a moją ulubioną ligą jest angielska Premier League. Piłką nożną interesuję się od wielu dobrych lat. Oprócz futbolu jestem wielkim fanem wrestlingu i skoków narciarskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *